20 października 2004

# 70

[Oto, co znalazłam na dysku - napisałam to dobrych parę miesięcy wstecz, ale w żadnym wypadku nie jest przedawnione. Jeśli już to gdzieś zamieściłam to obciach, trudno. Po prostu nie mam czasu sprawdzać. Copy & paste.]

Szczerze żal mi osób, które bezskutecznie szukają swojej drugiej połowy. Umawiają się z kimś, idą na spotkanie pełne nadziei, zadają i odpowiadają na te same pytania, przedstawiają się za pomocą tych samych formułek, a potem wracają do domu przygnębione, z przeświadczeniem o spędzeniu reszty życia w samotności lub na beznadziejnych randkach, z których każda jedna niczym nie różni się od drugiej.

Zdarza się oczywiście, że bardzo wcześnie spotka się kogoś, z kim się jest bardzo długo, ale chyba większość ludzi przechodzi bardzo spotykalski okres poszukiwań, a kiedy to wszystko za bardzo rozciąga się w czasie, pojawiają się złe myśli, że pewnie się nie uda, że wszystkim innym tak, a mi nie...

Pamiętam, jak szłam na takie spotkanie, jedno, drugie, piąte, i myślałam, że znowu będę wysłuchiwać pierdół, że wcale nie interesuje mnie czy on ma rodzeństwo i gdzie pracuje. I że tak naprawdę to nie wiem, o czym innym można rozmawiać z kimś, kogo widzi się pierwszy raz w życiu, więc trzeba o tym co zawsze, i robi się z tego masło maślane, które zbiera się w przełyku, i którym chce się zwymiotować na tą osobę, zatem na starcie ten ktoś jest już spalony. I cały wieczór jest spalony. I oczywiście, że lepiej byłoby zostać w domu, ale tam byłoby równie nudno jak w zadymionej knajpie z jakimś nudziarzem, którego sposób na podryw to kolorowe drinki albo branie na litość. Albo który po prostu jest nudny i tyle. Albo z którego może i byłby materiał na rozmówcę, ale ilość takich spotkań w tygodniu doszła do siedmiu, przez co człowiek zaczyna się czuć lekko sfrustrowany i wychodząc z domu – czuje się źle i wie, że jak wróci, będzie czuł się jeszcze gorzej. [Czy to wszystko nie zakrawa o sadomasochizm? Idąc dalej tym tropem - jeśli miłość jest, jak utrzymują niektórzy, chorobą psychiczną, to może jej poszukiwanie to też jakaś dewiacja... Jest w tym pewna logika.]

Krótko mówiąc – cieszę się, że to już za mną.

Nie wiem, jak to ująć, żeby nie wyszło trywialnie, ale nie potrafię sobie wyobrazić, że nagle nie jestem z H, zaczynam wychodzić do ludzi, spotykać się z innymi mężczyznami. Po tym wszystkim, jak oddałam Mu wszystko, co mam i czym jestem, nie miałabym już nic do zaoferowania komukolwiek. Myślałam o tym dużo ostatnio – próbowałam zobaczyć siebie, siedzącą z kimś przy piwie, jak próbuję coś o sobie opowiedzieć. Wszystko, co bym powiedziała, mogłoby brzmieć jak jego imię, bo wszystko co robię, robię z nim. Nie mam swoich spraw. Są tylko nasze sprawy. To wariacja, jeszcze niedawno nie byłam zdolna tak bardzo się oddać, a teraz tak pochłonęła mnie ta miłość. Żeby tak każdy przez chwilę poczuł trochę tego, czego nie umiem tu opisać – było by prościej.

Brak komentarzy: